
2:38:30 po trudnej jesieni i właściwie bez biegania. Pierwszy z siedmiu maratonów Majors i spełnione marzenie.
W lutym 2025 roku ogłosiłem, że czas spełnić jedno z marzeń: 2 listopada stanę na starcie TCS New York City Marathon. Wiosna ułożyła się bardzo dobrze. Poprawiłem rekordy życiowe w półmaratonie (1:11:29) i w maratonie (2:28:21), a w Wings for Life World Run przebiegłem 61,33 km.
Od sierpnia bieganie sprawiało mi jednak dużo więcej trudności niż we wcześniejszych przygotowaniach. Dziś wiem, że po tych intensywnych startach nie wypocząłem tyle, ile powinienem. Organizm dawał mi znaki już wcześniej, ale ambicja nie pozwalała odpuścić. Skutkiem był nieukończony bieg w Berlinie.
W październiku spędziłem noc w szpitalu z podejrzeniem zapalenia osierdzia. Okazało się, że z sercem wszystko jest w porządku, a skończyło się na bólu mięśniowym w okolicy łopatki. Zaplanowałem po tym tydzień całkowitej przerwy od biegania.
Wiedziałem już, że w Nowym Jorku nie pobiegnę po rekord życiowy. Postanowiłem mimo to stanąć na starcie, przetruchtać trasę i spełnić jedno ze swoich marzeń. Kilka dni przed biegiem pisałem, że życie chciało napisać na ten dzień inny scenariusz, więc zamiast walki o życiówkę będzie zabawa i radość z tego pięknego dnia.
Skończyłem z wynikiem 2:38:30. Po wszystkich perypetiach ostatniego czasu i właściwie bez biegania biorę go jak złoto, tak jakbym nabiegał życiówkę, choć do niej daleko. Byłem po prostu szczęśliwy.
To pierwszy z siedmiu maratonów Majors na moim koncie, kolejne przede mną. Po biegu napisałem: „Yes, I can”. Kocham życie, kocham biegać i w pogoni za marzeniami czekam na następne.

