
Na ostatniej prostej przed maratonem w Chicago zatrzymało mnie pasmo biodrowo-piszczelowe. O formie, której już nie sprawdzę, i o tym, co zabieram z tego roku.
Długo zbierałem się do napisania tego tekstu. Pod koniec września od prawie dwóch tygodni doskwierała mi pierwsza kontuzja od mniej więcej 7–8 lat. Problem dotyczy pasma biodrowo-piszczelowego i bardzo mi źle z tym, że stało się to na ostatniej prostej przed maratonem w Chicago.
Przez dwa tygodnie nie biegałem zupełnie nic, bo kilku prób po 2–3 km nie zaliczam jako treningu. Wszystko wskazywało na to, że zamiast biec po życiówkę, wybiorę się tylko na wycieczkę do Stanów.
Bardzo mi tego szkoda, bo forma była naprawdę wysoka. Uważam, że nawet lepsza niż wtedy, gdy nabiegałem swój rekord życiowy. Jaki mógł być z tego ostateczny wynik, już się nie dowiemy.
Cały ten rok jest dla mnie jedną wielką lekcją. Włożyłem w przygotowania dużo zaangażowania, czasu i pieniędzy, a przede wszystkim siebie i swoje serce. Od zawsze powtarzam, że to nie pieniądze są tu najważniejsze, tylko czas, który minął, i droga, którą się przebyło.
Pierwszy raz miałem na tej drodze tak ogromne wsparcie bliskich i znajomych. Nieważne, czy byłem w Warszawie, Wrocławiu czy Poznaniu, zawsze mogłem na kogoś liczyć. To jest dla mnie najważniejsze.
Już wcześniej po takich sytuacjach, kiedy coś nie wychodziło, wracałem silniejszy. Tak samo będzie tym razem. Potrzebuję chwili, żeby wyjść na prostą, a w 2027 roku znów powalczę o swoje biegowe marzenia.

